Instrukcja obsługi jałowcówki

Z Piotrem Mazurkiem – szefem Muzeum Strefy Historycznej Wolne Miasto Gdańsk – o tym, jak kiedyś w Gdańsku balowano, czym się objadano, a także o tym, co i ile trzeba było wypić, żeby trafić na cmentarz lub do ciupy rozmawia – Gabriela Pewińska

Mówi się, że w dawnym Gdańsku były trzy główne okazje do wystawnej i suto zakrapianej imprezy. Po pierwsze – wizyty znamienitych gości. Po drugie – pogrzeby znamienitych osób. Po trzecie – wesela.
Jednym z ciekawszych wydarzeń z dziedziny gdańskiego ucztowania w XVII w. był pogrzeb jednego z rajców gdańskich, na którym zostało wypitych 40 beczek piwa, 12 garnców węgrzyna, gdzie zjedzono 12 prosiaków!

Ale że nie było to niczym nadzwyczajnym, niech świadczy fakt, że jeden z właścicieli majątków na Żuławach, wydając wówczas swoją córkę za mąż za bogatego obywatela Niderlandów, zorganizował wesele, na które zabito: 200 świń, 12 wołu, przywieziono 40 beczek piwa i wypito około 50 beczek okowitki… Drób liczony był w setkach. Z tym, że bawiono się wtedy 14 dni. Dobrze, porządnie zrobione wesele.

Piękna jest historia opisywana przez posła dworu francuskiego Charlesa Ogier, który gościł w Gdańsku w 1636 roku.
Słynny jest jego „Dziennik podróży”. Opisuje w nim jak to został zaproszony na wesele pewnej bogatej panny. Zachwyciła go ilość jedzenia, jakim go uraczono. Bardzo ubolewał, że nie dał rady spróbować tego wszystkiego, co na stoły podano. Bardzo się starając, jadł, jadł i jadł, ale choćby i jadł w nieskończoność i tak nie dałby rady wszystkiego, co mu podano, skosztować.

Absolutnym mistrzostwem świata była wizyta w Gdańsku Marii Ludwiki.
Mieszczanie przygotowywali się do tej wizyty kilka miesięcy. Cieszyła się na ten przyjazd nie tylko gdańska elita, ale i zwykli mieszkańcy. Pod gołym niebem, na gdańskich ulicach ustawiono stoły, które uginały się pod ilością jedzenia.

Jedzono, ale i za kołnierz nie wylewano.
Gdańsk był kiedyś jednym z największych odbiorców malagi. Do portu gdańskiego wpływały setki butelek tego wina. Z kolei przysmakiem, który w wieku XV podawano na deser były płatki róż w cukrze. Co to musiała być za słodycz! Ogólnie rzecz biorąc, jadano kalorycznie i do bólu. Uczty z piórkiem wywołującym torsje, by w żołądku zrobić miejsce kolejnym daniom popularne były nie tylko w Rzymie. Także w Gdańsku. Obżarstwo było tak wielkie, że uczty często kończyły się wzywaniem medyków i upuszczaniem krwi.

Pito w Gdańsku ogromne ilości kawy. Typowym gdańskim trunkiem był oczywiście Goldwasser.
Jego specjalne dostawy docierały do carycy Katarzyny II, była złotej wódki ogromną admiratorką. Z Goldwassera słynął też Gdańsk za czasów Wolnego Miasta.

Trudno chyba było upić się tak słodkim likierem. Czym upijano się w Wolnym Mieście?
Już bardziej alaszem, czyli wódką kminkową podawaną w odpowiednim szkle, mamy w naszym muzeum butelkę z tamtych czasów, pustą, zaznaczam. Furorę robił słynny Machandel, czyli jałowcówka. Podawano ją w beczułkowatej butelce i takichże kieliszkach. Najważniejszy był rytuał jej picia. Wydawano nawet instrukcję dla kupujących, co dodawało niesamowitej rangi temu trunkowi. Na fotografiach gość prezentował poszczególne czynności: Do pustego kieliszka włożyć wędzoną śliwkę nabitą na wykałaczkę, zalać wódką Machandel; lewą ręką wyjąć wykałaczkę ze śliwką i włożyć ją do ust, zjeść śliwkę, wkładając pestkę pod policzek; w lewej dłoni pozostaje wykałaczka; Wypić duszkiem wódkę, nie połykając pestki; Wypluć pestkę do pustego kieliszka; Przełamać wykałaczkę nad kieliszkiem i wrzucić do kieliszka.

Ponoć naruszenie procedury wymagało od pijącego postawienia wszystkim kolejki. Do czego byli zdolni gdańszczanie wychyliwszy kilka, no, powiedzmy, kilkanaście jałowcówek? Miała moc, bodaj, 38 proc…
Szczególnie ciekawym miejscem, gdzie jałowcówka, ale i nie tylko, lała się strumieniami były knajpy nad Motławą. Przychodzili tu głównie marynarze. A przychodzili…

…umówmy się, nie na kawę.
Nawet nie na sznapsa. Szło się tam po to, żeby się urżnąć, ale i po to, żeby komuś nastukać. Były w Wolnym Mieście miejsca, gdzie trzeba było liczyć się z faktem, że można było tam nieźle dostać po gębie. Jak ktoś, na przykład, szedł do „Kubickiego”, mógł się spodziewać różnych rzeczy, jeśli ktoś wybierał się „balować” na ulicę Szopy to też wiedział, że z winiarni Kellera może nie wyjść cało. Co ciekawe, na naszym cmentarzu garnizonowym jest kwatera wydzielona dla marynarzy, którzy ponieśli śmierć w wyniku bijatyk.

Wywołanych zjedzeniem za dużej ilości wędzonych śliwek?
Tego nie jestem w stanie stwierdzić. Leży tu i Norweg, i Szwed, i Rosjanin.

Polacy, oczywiście, też tam są?
A jakże! Imprezowano ostro, ale imprezowanie w Wolnym Mieście Gdańsku nie zawsze kończyło się śmiercią. Dysponujemy dawnymi dokumentami pijackiej przygody pewnego obywatela Polski, który przyjechał do Gdańska, żeby się zabawić. Nie wiadomo czy jałowcówką czy kminkówką, faktem jest, że urżnął się na całego i sporo narozrabiał. Udało mu się jednak uciec policji. Jakimś cudem znalazł się w Sopocie, gdzie też wypił swoje. Tutaj szukał też miejsca, żeby odpocząć. Wybrał sobie na ten odpoczynek miejsce nienajlepsze. Wszedł do pierwszej lepszej otwartej klatki schodowej i zaległ na wycieraczce. Może była duża, wygodna, nie wiadomo, wiadomo natomiast, że należała do, zamieszkującego w tymże Sopocie… inspektora gdańskiej policji! Kiedy inspektor otworzył drzwi i zobaczył delikwenta, z miejsca wezwał pomoc. Pijaka zabrali, posadzili do ciupy. Dostał tam ponoć niezły łomot. Zasądzono mu grzywnę. Został wydalony z Gdańska na amen.

W Wolnym Mieście balowano na całego, nie powiem…
I nie były to tylko pijackie rozróby, ale fakt faktem, na 400 tysięcy mieszkańców było ponad 1500 knajp, mniej lub bardziej wytwornych! Ale i na eleganckie balowanie Gdańsk był dobrze przygotowany. Z powodzeniem sprzedawano tu cylindry, do dziś odnajdujemy je po jarmarkach czy antykwariatach. Były zakłady galanterii odzieżowej, gdzie szyto wszelkiego rodzaju surduty, fraki, czy smokingi. Żyła tu elita towarzyska, przecież funkcjonował sejm, senat. Władze miejskie bardzo dbały o to, by pokazywać się na zewnątrz, co było formą uzyskania akceptacji dla realizacji założonych celów tego miasta. Co trzeba podkreślić, tu żyło się lepiej, bardziej wystawnie, bogato, była to wszak enklawa gospodarcza i polityczna. Tu zarabiało się dużo więcej. Wystarczy podać przykład polskiego urzędnika państwowego. Jeden z nich, minister Marian Chodacki, specjalnie na Gdańsk dostawał dodatek drożyźniany – 100 proc. pensji! Na drobne wydatki!

Gdzie balowano w cylindrze, fraku i z szampanem?
W zależności od sytuacji finansowej był to bal w Szkole Polskiej czy w świetlicy Domu Polskiego na Wałowej, ale i w wynajętej hali sportowej Stoczni Gdańskiej, czy wreszcie w Danziger Hof, jednym z najbardziej luksusowych gdańskich hoteli, który miał najpiękniejszą salę balową.

Ponoć tamtejsza kuchnia to było jedno z największych osiągnięć gdańskiej gastronomii. Ów hotel z restauracją miał też wielki, zimowy ogród z dopływem światła przez artystycznie utworzony, szklany dach. Koncertowali tutaj też najlepsi muzycy.
W tym miejscu frak wydawał się niezbędny. Ostatnio też znalazłem dwa piękne zdjęcia z balu przebierańców, który przygotowano dla polskich dzieci na ulicy Wałowej. Organizowane w Gdańsku bale miały, bywało, charakter dobroczynny. Często odbywały się w środowisku Polonii, bo też Polacy niestety nie byli elitą w tym mieście. Szczytne cele służące polskiej mniejszości wymagały zbiórki pieniędzy. Mamy w muzeum nawet kilka zaproszeń na taką dobroczynną imprezę. Zapraszał niejaki pan Henryk Strassburger, oficjalnie Komisarz RP – a więc przedstawiciel Rzeczypospolitej, a dochód z tego balu został przeznaczony na budowę kościoła polskiego Chrystusa Króla. Tak czy siak, ludzie chcieli się bawić. Jak dziś.

Bawiono się nie tylko w karnawale…
Okazją do zabawy była Noc Świętojańska, czyli tańce pod gołym niebem na Placu Zebrań Ludowych. Pod względem balowania górował jednak Sopot. Miasto dla snobów. Przyjeżdżali tu ci, którzy mieli kasę i chcieli sporo tej kasy przetrwonić. Okazji do zabawy nie brakowało. A i miejsc, gdzie można było dobrze zjeść, napić się…

A i pójść na całość, czyli stracić w jedną noc majątek całego życia…
Słynny hotel Casino Sopot… Kiedy już, chłopie, przegrałeś, zawsze jeszcze miałeś prawo, na finał, pójść pobawić się, ten ostatni raz! Na koszt firmy! A czy potem trafiałeś na drzewo na Ulicy Wisielców, czy wracałeś zgrany do domu, to już zupełnie inna historia.

Rozmawiała Gabriela Pewińska

Nie tylko w karnawale warto zajrzeć do nowej siedziby Muzeum Strefy Historycznej Wolne Miasto Gdańsk
ul. Długi Targ 25/27.